Galka.MountLab.net
Poligon doświadczalny Damiana Gałki.

Strona główna

31 lipca 2008
Już jako nastolatek doszedłem do wniosku, że patrząc globalnie ilość szczęścia na świecie jest stała. Jeśli zaczniemy rozpatrywać sprawę lokalnie i analizować szczęście jednostki to zauważymy, iż szczęście przypomina wykres sinusoidy. Po chwilach miłych zazwyczaj przytrafia się coś co psuje nam humor. W tym momencie część tego szczęścia przeszła na kogoś innego, inną jednostkę. Ten dołek w pewnym momencie też się kończy i przytrafia się coś dobrego.

We wtorek rano, wychodzę z domu, pakuję się do samochodu i stwierdzam, że w przednim lewym kole nie mam powietrza. Hmmm pierwsza myśl pewnie zmiany temperatury czy coś podobnego spowodowały luz w maszynce i ucieczkę powietrza. Przebić raczej jej nie przebiłem, bo przed zaparkowaniem wszystko było ok, a w trakcie jazdy poczułbym to zdecydowanie. Mam mały kompresor, więc go podpinam do gniazda zapalniczki i zaczynam ponownie pompować koło. W tym czasie telefony z pracy dzwonią co chwilkę. Pompowanie nie przynosi żadnego efektu. Szybka decyzja, zakładam koło zapasowe i podjeżdżam do wulkanizacji "za rogiem". Diagnoza - uszkodzona maszynka.

W biurze harmider. Obiecałem nie marudzić o pracy, więc wszystkiego opisywać nie będę. W sumie mało czasu poświęciłem na to co powinienem, a większość pochłonęły inne nagłe zadania. Okazało się również, że jakiś czas temu nie dogadałem się przez telefon z szefem i trochę namieszałem w firmie ;) Teraz staram się wszystko odkręcić.

Poza tym jako ostatni dowiaduję się, że w dniach 9-10 sierpnia mam zająć się prezentacją ośrodka Natura Park na targach Agrobieszczady w Lesku. Dużo już zostało zorganizowane, przewiezione, itp. tylko muszę to spiąć w całość. Swoją drogą zapraszam.

Następnie jadę swoim samochodem z szefem do Zduńskiej Woli. Po drodze jadący przed nami TIR swoimi kołami wzbija w powietrze mały kamyczek, który ląduje na mojej przedniej szybie. Pyk i mała pajęczynka pojawia się jako celownik przed moimi oczyma. W trakcie powrotu z małej pajęczynki robi się już pęknięcie zajmujące 1/3 szyby. Strach przyspieszyć, bo zaraz się rozleci na drobne kawałki.

Szybę już wymieniłem w ekspresowym tempie, aby dobrze osiadła przed wyjazdami jakie mi się szykują. Wspaniałe zakończenie dobrze rozpoczętego miesiąca.

Komentarze: (0)

15 lipca 2008
W ostatniej wiadomości obiecałem opisać swoje wojaże po Chorwacji. Tak jak to miało miejsce przy okazji innych moich wyjazdów i ich opisów tutaj proszę przygotować się na dłuższą wiadomość. W trosce o Was i podejrzenie o moje zanudzanie proponuję teraz filiżankę kawy, szczególnie przed dalszym czytaniem. Wcale nie żartuję, jest to bodajże najdłuższa wiadomość jaką napisałem tutaj do tej pory. Dodałem trochę zdjęć, aby ułatwić czytanie, choć niektórzy pewnie odczują powolne jej wczytywanie.

Wyjazd do Chorwacji zorganizowany był przez biuro Rainbow Tours i była to wycieczka objazdowa pod nazwą Dalmatyńska Eskapada. Wyjechaliśmy w południe, 5 lipca, z Piotrkowa Trybunalskiego. Z tym, że początkowo jechaliśmy jedynie w okolice Katowic, gdzie spotykały się autokary z całego kraju. Tutaj następowały przesiadki do tych docelowych. Trzeba przyznać, że organizacja przesiadek i zarządzanie grupami turystów było na wysokim poziomie.

Około godziny 17 wyruszyliśmy w dalszą trasę, w kierunku Cieszyna, z wizją spędzenia nocy w autokarze. Po drodze mijaliśmy Olomuc, Brno i Znojmo, gdzie kiedyś funkcjonowała duża strefa wolnocłowa. Obecnie Unia Europejska powiększyła się o kolejne kraje i miejsce to trochę straciło na znaczeniu. Choć wiele rzeczy nadal można kupić taniej. Następnie austriackie Wiedeń i Graz nocą oraz w tunelach, więc i tak niewiele widać oraz fragment Słowenii i ostatecznie Chorwacja.

Pierwsze poważniejsze zwiedzanie na terenie Chorwacji zaczęliśmy w niedzielę, 6 lipca, od Parku Narodowego Jezior Plitvickich (Nacionali Park Plitvicka Jezera). Muszę przyznać, że miejsce to wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Sam park narodowy jest największym z Chorwackich ośmiu parków narodowych i obejmuje obszar około 294,82km2. Park jest fenomenem skalistej hydrografii. Jeziora znane są ze swoich kaskad tufu wapiennego oraz jego ciągłego biodynamicznego procesu, w specyficznych hydrologicznych warunkach.
Jeziorka Plitwickie 1

Jeziorka Plitwickie 2

Tuf to porowata skała osadowa powstała przez wytrącanie się węglanu wapnia z wody, tworząc bariery, progi i inne formy w górskich rzekach i potokach. Proces tworzenia się tufu jest szczególnie widoczny na kaskadach Jezior Plitvickich. Z czasem powstające bariery tufu wapiennego powodują, iż woda zmienia kierunek. Proces ten trwając od wieków stworzył liczne, majestatyczne wodospady z Veliki Slap'em (70m wysokości) włącznie.
Jeziorka Plitwickie - Veliki Slap

Jeziorka Plitwickie - kaskady tufu.

Jeziorka Plitwickie 5

Spacer po parku narodowym dodatkowo uatrakcyjnia mały rejs łódeczkami po największym z jezior o nazwie Kozjak. Następnie jeszcze mały spacerek i podjeżdżamy małymi samochodzikami stylizowanymi na pociągi na parking, gdzie czeka nasz klimatyzowany autokar.

Udajemy się w dalszą podróż w kierunku nowej autostrady A1, aby nią dalej podążać na południe. Gdzieś po drodze, w okolicach drogi numer 52 i miejscowości Otocac przejeżdżamy obok nadal istniejących pól minowych. Fatalnej pamiątce ostatniej wojny bałkańskiej.
Nadmorskie serpentyny.

Resztę tego dnia pochłania podróż autostradą na południe oraz zapierające dech w piersiach widoki na nadbrzeżnych serpentynach krajowej ósemki. Przejeżdżamy też niedaleko Jezior Baczyńskich (Bacinska Jezera), czyli grupy połączonych ze sobą krasowych, słodkowodnych jezior. Co ciekawe charakteryzują się tym, iż ich tafla wody znajduje się ponad poziomem morza, ale dno już poniżej niego. Maksymalna głębokość jaką tutaj zmierzono to 28m.

Około godziny 19:30, bardzo zmęczeni docieramy do kurortu Neum. Jest to miasto, które leży na wybrzeżu Adriatyku, ale w kilkunastokilometrowym pasie należącym do Bośni i Hercegowiny. Kawałek pasa, który przecina teren Chorwacji. Zatrzymujemy się w hotelu Sunce.


Dubrownik

W poniedziałek, 7 lipca, jedziemy do Dubrovnika nazywanego Perłą Adriatyku. Zwiedzanie miasta rozpoczynamy od 2km spaceru po murach miejskich pamiętających jeszcze czasy Republiki Dubrownickiej. Jest to dość ciekawe doświadczenie dla turystów, bo stare miasto jest jak żywy skansen. Miasto żyje swoim rytmem, a spacerujący turyści mają możliwość zaglądania przez okna do mieszkań, kuchni, rozmowy z mieszkańcami, itp. Nikogo nie dziwią, a wręcz dodają uroku przechadzające się leniwie koty i porozwieszane w wąskich uliczkach i murach pranie.





Dubrovnik - pranie na murach.

Dubrovnik - wąskie uliczki.

Dubrovnik - ogrody z murów.

Dubrovnik - główna ulica.

Tutaj zwiedzamy również klasztor franciszkanów, katedrę oraz ratusz miejski. Dochodzimy też do wniosku, że skoro widzieliśmy miasto z murów miejskich, widzieliśmy też od środka to pozostał nam jeszcze widok od strony morza. Decydujemy się na mały rejs. Początkowo mieliśmy opłynąć dookoła wyspę Lokrum, ale podczas rejsu zerwał się wiatr Jugo, drewniana łajba zbytnio trzeszczała i załoga zarządziła powrót.
Dubrovnik - główna ulica.

W portowej restauracji objadaliśmy się kalmarami, pastami rybnymi i zapiekanym chlebkiem.

Kolejną ciekawostką jest fakt, iż to Polak - Ludomir Michał Rogowski, który w 1926 roku osiadł tutaj na stałe napisał hymn Dubrownika.

Kiedyś można było podziwiać miasto i panoramę z pobliskiego wzgórza Srdź (Sergiusz), na które prowadził wyciąg krzesełkowy. Niestety wydarzenia w 1991 roku doprowadziły do jej zniszczenia. Bombardowanie tego miasta przez wojska Jugosłowiańskie prowadzone było mimo ciągle powiewającej białej flagi. Obecnie z łatwością wypatrzymy odróżniające się ciemne dachówki na tle tych jasnych, nowszych. Te ciemne dachy przetrwały wojnę, szkoda, że jest ich tak niewiele.
Dubrovnik - panorama miasta.



We wtorek, 8 lipca, mieliśmy możliwość pozostać w hotelu i odpoczywać lub wybrać się na kolejną wycieczkę. Oczywiście wybraliśmy wycieczkę. Tym razem udaliśmy się wzdłuż doliny rzeki Neretvy, w głąb Bośni i Hercegowiny do miejscowości Mostar i Medugorje.

Na terenie Bośni żyją głównie Serbowie. W Hercegowinie - Chorwaci i Muzułmanie. Należy zauważyć, iż Josip Broz, znany jako Tito, podczas swoich rządów wyróżnił Muzułmanów jako naród, a nie grupę religijną. Teraz problem nazewnictwa tej grupy społeczeństwa istnieje nadal, bo muzułmanie zaczęli się źle kojarzyć na świecie.

Mostar uważany jest za stolicę południowej części Bośni i Hercegowiny. Żyją tutaj głównie Chorwaci i Muzułmanie. Najsłynniejszy obiekt w mieście to Most Turecki. Jednoprzęsłowy most, który jest symbolem miasta, powstał w 1566 r. Zaprojektowany został przez architekta Mimara Haireddina na polecenie sułtana Sulejmana II. Od wieków budził zachwyt przybywających tutaj osób.
Mostar - Most Turecki 1.

Mostar - Most Turecki 2.

Wcześniej stał w tym miejscu most drewniany, a jego strażnicy nazywali się "mostari" stąd nazwa miasta. Tutaj bardzo często odbywają się konkursy skoków do wody. Obecnie "mostari" po uzbieraniu około 25 Euro od turystów decydują się na skok.Mostar - Skok

Wyobraźcie sobie wygrzewanie się na moście w temperaturach ponad 30 stopni Celsjusza, a następnie skok z kilkudziesięciu metrów do lodowatej wody w górskiej rzece. Brrrrr.

Most podczas ostatnich działań wojennych został praktycznie całkowicie zniszczony. Na lewym brzegu, tuż obok mostu powstało muzeum z fotografiami mostu w różnych okresach. To co aktualnie możemy zobaczyć (chociażby na zdjęciach tutaj) to już odbudowany most. Dużo oryginalnych fragmentów można nadal zobaczyć na plaży poniżej mostu.

W Mostarze zwiedzamy też meczet Dzamija. Porównując reguły zachowania tutaj z tymi poznanymi w Turcji byłem zdziwiony tak luźnym do nich podejściem. Tutaj na przykład można robić zdjęcia, czy wchodzić w butach.

W planie wycieczki mieliśmy również zwiedzanie domu tureckiego z 1635 r (Bisćevića Kuća). Tutaj dla odmiany obowiązkowo poruszamy się boso, po ręcznie tkanych dywanach. Dom należał do bogatej rodziny Bisćevića, gdzie pan i pani domu mieli swoje osobne piętra.
Mostar - Dom turecki i przebrani turyści.

Mostar - dom turecki.

Trochę czasu wolnego na zwiedzanie miasta we własnym zakresie, kawę lub zakupy pozwala spokojniej przyjrzeć się obecnemu życiu w Mostarze. Ta dzielnica przypomina widoki znane mi z Turcji... uliczki pełne sklepików, straganików i siedzących przed nimi mężczyzn z filiżankami kawy, fajką. Plotkujących o czymkolwiek. Bez pośpiechu, bez gwaru, spokojnie. Na wielu budynkach nadal widać ślady wojny.
Mostar - zniszczone budynki.

Mostar - zniszczone domy.

Następnie udajemy się dalej w kierunku Medugorje (Medżugorje). Niegdyś mała wioska, obecnie miasto często odwiedzane przez liczne grupy pielgrzymów. Tutaj na okolicznym wzgórzu na początku lat 80 kilkorgu dzieci objawiła się Lepa Gospa (Piękna Pani).

Medjugorie - Matka Boża.
Miejsce nadal budzi wiele kontrowersji. Z jednej strony miliony pielgrzymów, tysiące tabliczek i prywatnych zdjęć potwierdzających łaski otrzymane po modlitwach w tym miejscu.
Z drugiej strony ludzie powtarzający oficjalne stanowisko Kościoła, w którym nie potwierdza się, ani nie zaprzecza istnieniu objawień. Ostatnio spotkałem się nawet z określeniem "hipermarket religii, z pełną kompleksową obsługą".

Osobiście mam równie mieszane uczucia i uważam, że argumenty obu stron coś w sobie mają. Z jednej strony brak ostatecznej opinii Kościoła, chociażby ze względu na procedury i nadal trwające objawienia u dwójki z tych osób. Z drugiej przerażająca komercjalizacja i tłumy, w których każdy po „zaliczeniu” wzgórza chce dotknąć rzeźby Jezusa, z której wypływa magiczna woda. Nie, nie tak postrzegam swoją wiarę.

Sanktuarium i ołtarz zewnętrzny
Medugorje - sanktuarium i ołtarz zenętrzny.

Konfesjonały do hurtowego spowiadania i Chrystus Zmartwychwstały
Medugorje - konfesjonały i Chrystus.



W środę, 9 lipca, zwiedzamy Trogir i Split. Dwa miasta położone dość blisko siebie, ale o całkowicie innym charakterze. Trogir ze swoim starym miastem na wyspie, otoczony murami miejskimi przypomina wenecką zabudowę. Split natomiast jest typowym miastem rzymskim, ale o nim później.

Trogir - brama główna.
Do Trogiru udajemy się z Neum widokową drogą numer 8 pełną nadmorskich serpentyn. Tutaj też jest jedno z najsłynniejszych targowisk, bardzo często polecane w wielu przewodnikach ze względu na okazyjne ceny. Do starego miasta wchodzimy przez główną bramę (od strony lądu), nad którą widnieje rzeźba błogosławionego Jana z Trogiru oraz lew św. Marka. Jest to też informacja, iż miasto było miastem chrześcijańskim.

Przez miasto przewijało się wiele kultur i każda z nich pozostawiła po sobie fragment, chociażby w architekturze. Znajdziemy tutaj wiele wymieszanych ze sobą stylów. Głównym punktem miasta jest plac Jana Pawła II (Trg Ivana Pavla II) z katedrą św. Wawrzyńca (Sv. Lovre), kościółkiem św. Barbary, ratuszem i sądem.


Trogir - Plac Jana Pawła II.

Trogir - Katedra i kanał.

Niegdyś na tej małej wysepce (250 na 500 metrów) znajdowało się 12 klasztorów (obecnie jeden czynny) oraz 14 kościołów. Budynki stawiane były bardzo blisko siebie, co tworzyło bardzo wąskie uliczki. Tutaj wszyscy się znali, a w domu nie można było niczego ukryć. Sąsiedzi przez okna byli w stanie zajrzeć do środka i usłyszeć praktycznie każdą rozmowę domowników. Śmialiśmy się, iż nawet picie rakii z sąsiadem mogło odbyć się bez wychodzenia z domu – wystarczyło usiąść przy parapecie.

W zachodniej części miasta znajdziemy twierdzę, która niegdyś broniła tego miasta i portu.
Trogir - twierdza.

Następnie udaliśmy się do Splitu, dużo większego miasta o typowo rzymskiej architekturze (starego miasta) oraz znaczącym mieście przemysłowym obecnej Chorwacji. Początkowo nawet nie było tutaj miasta, a stał jedynie pałac Dioklecjana. Pałac, w którym jedyny rzymski cesarz dobrowolnie opuszczający tron (inni byli mordowani) zamierzał spędzić swoją emeryturę. Z czasem wokół pałacu zaczęli osiedlać się inni mieszkańcy regionu i powstało miasto.

Zwiedzanie pałacu Dioklecjana stało się więc obowiązkowym punktem wycieczki. Załapaliśmy się też na małą inscenizację, w której Dioklecjan wychodzi na plac targowy witając przybyłych kupców.
Split - Rzymianie.

Split - Dioklecjan.

Polecam również pomnik biskupa Gurgura Ninskiego (Gurgura Ninskog), który jest dość pokaźnych rozmiarów. Podobno "pogłaskanie" jego palca u stopy pomaga spełniać marzenia. Wspaniała promenada ze swoimi palmami i ławeczkami jest ciekawym miejscem na odpoczynek.
Split - biskup Gurgur Ninskog.

Split - promenada.



W czwartek, 10 lipca, cześć naszej grupy pojechała na fishpicnic, natomiast my postanowiliśmy odpocząć w naszym hotelu i poleżeć na plaży. Była to też okazja na poznanie miejscowości Neum, w której spędziliśmy już kilka nocy. Tutaj również widać wiele śladów ostatniej wojny. Nad kurortem, który w większości został już wyremontowany góruje jeden z większych, zniszczonych hoteli. Taka brzydka bryła, nosząca ślady ataków moździerzowych trochę nie pasująca do okolicy. Jednak turyści chyba niezbyt się tym przejmowali korzystając od rana z promieni słonecznych i kąpieli w ciepłej wodzie.
Neum - zniszczony hotel.

Neum - nasza plaża.

Neum.



Piątek, 11 lipca, to kolejny dzień przeznaczony na zwiedzanie. Tym razem na celownik wzięliśmy Półwysep Peliesac. Wjeżdżając na półwysep przejeżdżamy przez miejscowość Ston. Rywalizująca dość mocno z Wenecją, Republika Dubrownicka najpierw wybudowała tutaj twierdzę i mury obronne, a potem zaczęła rozwijać miasto. Miasto o tyle ciekawe, że centrum zajmowały budynki mieszkalne, a wszystkie urzędy i budynki użyteczności publicznej znajdowały się na jego obrzeżach. Mury miejskie były częścią fortyfikacji twierdzy znajdującej się na szczycie pobliskiego wzgórza i przechodziły dalej do sąsiedniej wioski Mały Ston (Mali Ston) tworząc poważną barierę dla kogokolwiek próbującego dostać się na półwysep lub z niego.
Ston.

Republika Dubrownicka przywiązywała dużą wagę do ochrony tego miejsca ze względu na solanki i odzyskiwaną tutaj sól. Dochody generowane przez ówczesny przemysł Ston stanowiły blisko 1/3 dochodów całej republiki.
Ston - solanki.

Dalej udajemy się na wyspę i miasto Korcula, która stanowi niejako naturalne przedłużenie półwyspu. Na tej wyspie podobno urodził się Marco Polo. Nawet zwiedzaliśmy budynek, w którym niby się urodził, ale lekko nas rozczarował. Nie wyglądał na budynek mieszkalny, a na małą, ciasną wieżę z ładnym widokiem na okoliczne zatoczki. Śmialiśmy się, że jeśli faktycznie Marco Polo tutaj się urodził nie ma się co dziwić, że ciągnęło go w Świat. Też chciałbym się jak najszybciej wydostać z tak ciasnego budynku. Samo miasto jednak jest bardzo przyjemne.
Korcula - wieża.

Korcula - pręgierz i uliczki.

Korcula - port.

Stąd też udajemy się wodnymi taksówkami na wyspę Badija, na której spędzamy kilka godzin na plażowaniu i pływaniu w ciekawych zatoczkach. Co ciekawe cała wyspa jest rezerwatem przyrody, a turytów tutaj jest bardzo dużo. Nie ma też ograniczeń co do poruszania się po wyspie. Zwierzęta przez to też stały się strasznie oswojone. Przykładem niech będą poniższe zdjęcia bodajże danieli dokarmianych przez plażowiczów. Swoją drogą ciekawe przeżycie, gdy po kąpieli w ciepłej wodzie kładziesz się na ręczniku, a za chwilę podchodzi do ciebie taki rogacz.
Badija - zwierzęta.

Badija - zwierzęta i dzieci.

Pod koniec dnia już na półwyspie odwiedzamy winiarnię państwa Matuszków w miejscowości Potomje. Oczywiście obowiązkowa degustacja, rozmowa i zakupy.
Potomje - winiarnia Matuszków.

Potomje - winiarnia.



Następnego dnia, w sobotę, 12 lipca, wstajemy bardzo wcześnie rano. Tego dnia jedziemy do parku narodowego rzeki Krka (Nacionali Park Krka). Miejsce, które znajduje się w większości programów wycieczek objazdowych, bardzo popularne, często wspominane przez znajomych. Może też dlatego, że za dużo się nasłuchałem moje wyobrażenia trochę przerosły to miejsce. Rzeczywistością mnie trochę rozczarowała.

Owszem, park ten jest ładny i nie mogę temu zaprzeczyć, ale w miejscu jakie my zwiedzaliśmy początkowy spacer kładkami rozciągniętymi nad wodą rzeki Krka wydał mi się nudny. Toż w Polsce mamy wiele ładniejszych miejsc. Nie mogę być zbyt obiektywny, bo widziałem jedynie fragment parku w okolicach miejscowości Lozovac.

Ciekawiej zaczęło być dopiero w momencie, gdy dotarliśmy pod jeden z wodospadów, gdzie pozwolono nam się wykąpać. Ostrzegano o bardzo lodowatej wodzie i takiej też się spodziewałem. W końcu to górska rzeka. Tu kolejne rozczarowanie, bo woda była ciepła. Oczywiście nie narzekam, bo o wiele przyjemniej się w niej pływało. Z tym, że te wszystkie opowiadania zasłyszane wcześniej jakoś tutaj nie pasowały.

O wiele ciekawsza była droga powrotna na parking, pod górkę, z kilkoma tarasami widokowymi na wodospady i samą rzekę.
Wodospady rzeki Krk.

W tym dniu chcieliśmy tez zwiedzać miasto Sibenik, ale okazało się, że jest zbyt mało chętnych i udaliśmy się dalej na północ w okolice Rijeki do miejscowości Crikvenica, gdzie mieliśmy kolejne noclegi. Tutaj niestety zatrzymaliśmy się w hotelu, który nie miał klimatyzacji w pokojach. Tragedia. Jedynym ratunkiem było pływanie w morzu, aż do zachodu słońca i powrót do pokoju dopiero wieczorem. Zdecydowanie na plus kurortu działały prysznice ze słodką wodą znajdujące się na plaży.


Następnego dnia w niedzielę, 13 lipca, poranek postanowiliśmy spędzić na plaży. Około południa pakowanie i wyjazd dalej. Tego dnia padła też propozycja zwiedzania wyspy Krk, ale znowu było zbyt mało chętnych. Udaliśmy się na północ do Słowenii.

Po drodze, przed miejscowością Pivka, minęliśmy muzeum militariów, ale nie zatrzymaliśmy się w nim. Jest to waypoint w moim GPSie, do którego jeszcze się wybiorę. Przerwę mieliśmy zaplanowaną w miejscowości Postojna, a tu w pobliżu znajduje się najdłuższa w Słowenii Jaskinia Postojna. Ponad 20km korytarzy.

Zwiedzanie jaskini rozpoczyna się od pokonania około 2km trasy kolejką elektryczną. po zjechaniu pod ziemię rozpoczyna się zwiedzanie z przewodnikami, a do wyboru mamy wiele języków. Niestety nie ma przewodnika w jęz. polskim, choć to chyba nie stanowi już takiego problemu. Jeśli nawet, to Słoweński / Chorwacki jest bardzo podobny. Pieszo przechodzimy korytarzami pomiędzy poszczególnymi komorami Kalwaria, Piękne Groty, Sala Koncertowa.

Ogólnie bardzo dużo ciekawych stalaktytów, stalagmitów, kolumn i około 85 odkrytych tutaj gatunków zwierząt. Symbolem jaskini jest odmieniec jaskiniowy – ogoniasty płaz określany też łacińskim terminem Proteus anguinus. Kiedyś zwierzęta te były pokazywane w specjalnym basenie wybudowanym pod ziemią tuż przed Salą Koncertową, ale turyści nie potrafili tego uszanować, a z powodu co chwilkę błyskających lamp w aparatach (mimo zakazu) pokazy zakończono.

Ljubljana - balkon uniwersytetu.
W Słowenii zwiedzamy również stolicę Ljubljanę. Historia miasta jest bardzo bogata lecz nie będę jej opisywał. Wiadomo, iż początkowo była to osada wojskowa wybudowana na terenach bagiennych. W czasach współczesnych bardzo wyróżniają się dwa trzęsienia ziemi, które niszczą większość miasta. W 1821 r. tutaj zostaje podpisane Święte Przymierze. Kolejna ważna data to 26 czerwca 1991 r. gdy Słowenia proklamuje swoją niepodległość i samodzielną republikę. W mieście można zobaczyć wiele mostów, a każdy jest inny. Oj długo można by pisać o tym mieście.
Wieczorem następuje pogorszenie pogody, a my spędzamy noc w drodze do Polski.





Podsumowując. Ponieważ pierwszy raz jechałem na Bałkany, chciałem zobaczyć maksymalnie dużo, wyrobić sobie jakąś podstawową opinię, aby w przyszłości przyjechać ponownie i skupić się już na tym co mnie interesuje. Tego typu wyjazdy, gdzie ponad tydzień spędza się w autobusie są strasznie męczące. Po nich wypadałoby kolejny tydzień odpoczywać. Następny wyjazd owszem, ale już własnym samochodem. Na zakończenie dopisuję do listy krajów odwiedzonych przeze mnie kolejne.

Jeśli jest ktokolwiek, kto przebrnął przez tą wiadomość i przeczytał wszystko należy mu się nie lada nagroda. Mogę obiecać piwko przy najbliższym spotkaniu. Ewentualnie coś innego ;)

Komentarze: (15 w tym 3 nowe)

4 lipca 2008
Zastanawiam się właśnie czy pod koniec czerwca wydarzyło się coś, czym mógłbym się tutaj pochwalić ;) Praca, praca i jest... jeden weekend, gdy pojechaliśmy w okolice Łodzi na działkę mojej chrzestnej matki. Oj tak. Mile spędzony dzień z wyłączonym telefonem komórkowym. Nawet przelotne opady deszczu nie mogły zepsuć tak wspaniałej atmosfery.

W poniedziałek okazało się jednak, że jeden dzień to zdecydowanie za mało na odpoczynek. W połowie tygodnia rodzice zaczęli przeczesywać oferty Last Minute i padł pomysł ich wyjazdu do Chorwacji. Po kilku dniach decyduję się do nich dołączyć. Chorwacja to kraj, o którym słyszało się już tak wiele. Znajomi jeżdżą tam praktycznie co roku. Ja nie miałem jeszcze okazji i stwierdziłem, że trzeba to wykorzystać. O tym jak było napiszę w kolejnej wiadomości.

Komentarze: (0)